Bez skrzydeł

21.IV.2018. Feckenham

Sobotni poranek mimo, że słoneczny ciąży mi ja kula u nogi… Wczoraj był taki łagodny piękny wieczór…. Ale wąchanie pościeli na wietrze przestało mnie zaspokajać….
Od dwóch tygodni, nie miałam chwili samotności…
Kocham moje dzieci, ale kiedyś akumulatory zaczynają się wyczerpywać. Przede mną perspektywa kolejnego tygodnia z Nimi, bo wizyty Taty wypadły z kalendarza, ze względu na obowiązki dyżurowe.
A na dodatek od tygodnia na paddocku czeka na mnie TEN.
Siwy i mimo swojego dojrzałego wieku, nadal ognisty. Moje uzależnienie.

DSC_9952

(…)
Nie wytrzymuję i sięgam po portfel.
“ Kto chce zarobić 10 funtów??? “
“ Na godzinę…?”odzywa się zaspany, jeszcze nie zmutowany głos Jaśka…”
„Nie NA tylko ZA . Za półtorej godziny fachowej opieki nad Frankiem.!!!Nie ma sadzania brata przed komputerem i oglądania bajek, tylko taka prawdziwa robota dobrej Niańki; literki, rysowanie, z lizaków zrób kukiełki, potem na dwór oglądać biedronki…!”
“Jasne Mama, jak pójdziesz jeździć to Cię pięć godzin nie będzie… Ja w to nie wchodzę… Poza tym skąd miałbym wziąć biedronki….”
Bezczelność… No może raz czy dwa omsknęło mi się parę minutek, ale dycha za półtorej godziny to chyba dobra stawka za robotę, którą często robi ot tak po prostu…?

Korzystając z okazji do zdobycia przewagi nad bratem przydreptuje uśmiechnięta Hanulka..” Mama, możesz iść, ja się pobawię z Franiem za darmo…” za taki tekst zyskuje się u mnie dodatkowego piątaka … Deal. Płatne z góry. J

(…)

Uzależnienie. Tak, to chyba musi być to.
Nadnercza (jak ktoś ma dwa to szczęściarz, bo mnie zostało już tylko jedno) kipią, przysadkę prawie rozpiera a poziomem adrenaliny zbliżamy się może do bungee jumping lub skoku ze spadochronem.
A ja nadal, przez ponad trzydzieści lat i to z własnej woli, wkładam nogę w strzemię.

Z własnej woli , – ba! nawet z lubością- oplatam udami ciało ważącego prawie tonę zwierzęcia .
Kiedy zaczyna się poruszać, nie ma mięśnia, nie ma tkanki, która nie byłaby pobudzana. Nie mogę nawet powiedzieć, że sama się ruszam, bo tak naprawdę jestem po prostu bezwzględnie poruszana. Cała, calutka.
W jakiej innej sytuacji obca siła ma nad człowiekiem taka przewagę…? Nie mam pomysłu…
Mogę tylko zmieniać gatunki wierzchowców, bo faktycznie podróżując na słoniu, wielbłądzie, ośle czy żyrafie zasada pozostaje ta sama. Złudne poczucie kontroli nad sytuacją i relacja oparta na pawłowowskich teoriach.
(…)
Mam pod sobą 700 kg, mięśni i tkanek zdolnych do wytworzenia sił absurdalnie niewspółmiernych do moich własnych. Mój mały odwet to równowaga oraz świadoma praca przywodzicieli. Teoretycznie jestem w stanie zachować zbalansowaną pozycję, kiedy, uda z żelazną siłą zamkną się wokół zwierzęcia, jednocześnie biodrom należy nakazać swobodne rozluźnienie, by kołysały się miękko w siodle (lub wersja: upgrade bez siodła) .
Jak w każdym sporcie po pewnym czasie pamięć mięśniowa umożliwia nam zautomatyzowanie ruchów, także moją uwagę przykuwa teraz krajobraz i pogodny nastrój Faisala, który parska sobie radośnie, energicznie wprowadzając moje ciało w ekstazę pogłębiającą się z każdym jego krokiem.
Nasz dom sąsiaduje z Wildlife Trusts’ Feckenham Wylde Moor reserve i otoczony jest tzw. „zielonym pasem” ochrony ciągnącym się aż do gór Malvern.

Odnajduję maleńką niebieską tabliczkę z napisem Bridleway. W Wielkiej Brytanii sieć szlaków konnych umożliwia dotarcie do miejsc niedostępnych dla ludzi. Nasza Bridleway wydaje się prowadzić przez sam środek ogromnej przestrzeni rezerwatu, gdzie jednocześnie Footpath czyli ścieżka dla pieszych prowadzi tylko jego marnym skrajem.

Zwierzęta w rezerwacie czują się dość bezpiecznie, tracąc chyba czujność, bo zupełnie nie przejmują się czterokopytnym i dwunożną.
Zające i wiewiórki dosłownie plączą się nam miedzy kopytami, a sarny zachęcają do wyścigów choć Faisal wydaje się być zupełnie obojętny na ich skoczne prowokacje…

Zobaczyłam ją z daleka. Teraz już nawet nie wiem czy to czapla, czy żuraw czy inne pelikanowate dziwactwo… Wielkie ptaszysko przycupnięte dziwnie na środku otwartej przestrzeni. Lekkie odchylenie równowagi w kierunku obiektu wystarczyło Faisalowi by zrozumiał dokąd ma iść.
Obserwowaliśmy ją oboje przemieszczając się dość szybko mocnym stępem, czyli taką “piechotką”. Dystans stał się tak mały, że sama zaczynam się dziwić. Oglądam po raz pierwszy dzikiego ptaka w naturalnym środowisku z tak bliska.
Jest piękna, szaro biała, z czarnym błyszczącym okiem, bystrym , błyszczącym- mogłam zabrać aparat -tak sobie rozmyślam… Wydaje mi się, jakby Faisal również w skupieniu przyglądał się czapli … Wyczuwam lekkie napięcie mięśni w jego ciele, ale przypisuję je zwykłemu zainteresowaniu, jakie mój koń okazuje nieznanym obiektom….

Potężne szarpnięcie przeszywa moje ciało. Jego powodu nie umiem jeszcze określić. Czuję tylko, jak wyrywa mnie ono nie tylko z rozmyślań nad urodą czapli ale pozbawia równowagi w siodle na tyle, że przebłysk ostrego bólu rozświetla mi sytuację. Lewy przywodziciel… moje udo odkleja się bezwładnie od tybinki. Faisal z potężną energią wykonuje obrót o 180 stopni, a ja czuję jak fizyka materializuje się, traktując mnie bezlitośnie siłą odśrodkową. 700 kilo odrywa się od ziemi czterema kopytami jednocześnie. Faisal pól swojego życia trenował tzw. start „z miejsca do cwału”, to jego numer pokazowy… zdecydowanie dopracowany.
Chwilowo ratuje mnie automatyczne rozluźnienie miednicy i moje ciało, mimo że odgięte do tyłu, jednak pozostaje w siodle. Na twarzy czuję opór powietrza – nie ma znaczenia bo i tak nie oddycham. Kątem oka widzę, że czapla podnosi się do startu, a Siwy zaczyna absurdalnie napierać prosto na nią. Nagle, jestem już tak blisko ptaka, że czuję jak imponująca rozpiętość skrzydeł przeczesuje powietrze wzbijając się płasko nad ziemią.

Jak to dostrzegam – nie wiem – bo trwam w dzikim, niekontrolowanym pędzie. Faisal rozciąga ciało w ogromnej prędkości, teraz już równolegle pędząc obok (!?) startującego ptaka!!
Czy on oszalał?! Łeb w łeb z czaplą?! Halo, czy ja mam tutaj coś do powiedzenia…?
Słyszę jedno cykliczne uderzenie kopyta o ziemię, bezsprzeczny cwał. Siwy nabiera absurdalnej prędkości i płynie gładko tuż nad ziemią. Zaczynam odczuwać coś na miarę perwersyjnego podniecenia pomieszanego ze strachem, bólem i utratą kontroli. W pędzie, zawieszona gdzieś w powietrzu, między niebem a ziemią po prostu trwam. I choćbym nie wiem jak próbowała to opisać, miernie wypadnę.
Nagle w polu widzenia pojawia się temat, który przywołuje desperacko moje ciało i umysł-powiedzmy- do pionu…

…Faisal rozpędza się prosto w kierunku ogromnego żywopłotu, oddzielającego sąsiednie pola. Traf chciał, że czapli akurat właśnie tam, lecieć się zachciało…
Bariera oceniam na zbyt potężną, nawet jak na możliwości mojego temperamentnego konia. Niestety analiza zabiera mi zbyt dużo czasu i Faisal podrywa ciało do skoku. Niestety w mojej głowie nie było zgody na ten skok i ciało pozostało poza prawidłowym środkiem ciężkości. Znów ta cholerna fizyka… mam już jej dość, w szkole lubiłam ją bardziej niż dzisiaj. Ogromna siła wyrywa mnie w górę ponad potężnym, wygiętym w łuk grzbietem konia, któremu ubzdurało się chyba, że jest czaplą wzbijającą się do lotu ponad żywopłotem z kolczastego głogu… Skok trwa relatywnie długo. I jeżeli myślicie, że poziom adrenaliny nie może już bardziej wzrosnąć, to się mylicie.
Przelatując nad głogową barierą dostrzegam coś, co powoduje, że dziecinnie zamykam oczy. Zamykam, godząc się naprawdę na najgorsze… Paraliżujący błysk świadomości, że za żywopłotem przeszkoda wcale się nie kończy. Rozszerza się tylko o płynącą rzeczkę otoczoną bagiennym rozlewiskiem…
W głowie mam tę okropną wiedzę, gdzie wpadający w bagno koń jest zasysany i najczęściej dochodzi do dramatycznego złamania dwóch przednich nóg. Jeździec natomiast ma spore szanse na szybkie, niespektakularne przerwanie rdzenia kręgowego. Nie pisałam się na Wielką Pardubicką.
Mam wrażenie, że ze strachu tracę na chwilę przytomność. Jednak uderzam tępo o szyję Faisala, który tylko muska tylnym kopytem bagnisty strumień lądując swobodnie po drugiej stronie rozlewiska… ale przecież to jeszcze nie koniec. Rozpoczynamy kolejny opętańczy cwał. Wzbijając się do dalszego biegu siły przywracają mnie przypadkowo do „bezpiecznej” pozycji w siodle. Trwam w szale. Podkowiński dość wiernie wymalował podobne emocje…
Zwisająca wodza trafia przypadkiem do mojej ręki ale nie jestem w stanie jej ściągnąć.
Czapla w końcu wzbija się w górę, a Faisal nie mogąc już szybciej się poruszać przegrywa wyścig zwijając łagodnie swoje niewidzialne skrzydła… Odzyskuję drugą wodzę, ale nie muszę jej używać, bo on po prostu zatrzymuje się miękko. Parska, jakby trochę tęskno patrząc za odlatującym ptakiem…
(…)
Dawno temu dostałam w prezencie album wybitnej fotograf koni arabskich, Zofii Raczkowskiej. Leży na strychu, w domu w Polsce. Jego zawartość znałam kiedyś na wskroś. Kochałam jej zdjęcia. Upajałam się słowami i cytatami których używała w opisach zdjęć. W przedmowie Raczkowska wspomina poetycką scenę stworzenia konia przez Allaha. Bardzo dumną, współcześnie niepoprawną, ale pięknie opisaną. I choć nie chciałabym, żeby mój koń ”stał się postrachem niewiernych” , „poniżeniem dla moich wrogów” lub żeby na jego „grzbiecie zdobywane były bogate łupy” to z jednym wersem po dniu dzisiejszym muszę się zgodzić;

Bezsprzecznie uczynił Go „ zdolnym do latania bez skrzydeł…”

“ Had once said to the south wind
I shall make of you a creature
vested for the power and glory of my friends

And the humiliation of my enemies,
Rich spoils shall be won on your back.
I shall let you fly though you be without the wings,
Be the fear of the infidel.”

*Ewentualne rozbieżności z oryginałem, zrzucam na google, który kompletnie nie chciał mi pomóc w odnalezieniu źródła, ani w wersji polskiej ani angielskiej. Skorzystałam z tradycyjnej metody spisywania z pamięci.

DSC_9994

DSC_4513

DSC_4529

DSC_4699

DSC_5710

DSC_7054

DSC_4985

DSC_4953DSC_4965

DSC_4967

DSC_4979

 

Testosteron i kwietne wianki

19.IV.2018 , Saltway Barn

Będzie trochę po babsku..
Wydaje mi się, że nie należę do estrogenowego typu kobiety.
Wiertarki, kosiarki, imbusy, śrubki a także piły tarczowe, anihilatory drewna i inne takie mało kobiece zabawki świetnie leżą w moich rękach, posłusznie spełniając swoją funkcje. Podstawy stolarskie, hydraulika czy mechanika po prostu od zawsze istnieją w mojej głowie. Naprawa pralki nic już mnie nie kosztuje, odkąd udało mi się ją rozebrać na części i przywrócić do działania. Nie przeszkadza mi, że się czasem wybrudzę, potargam. Pomruk sportowego silnika przyprawia mnie o ciarki, pod warunkiem, że bestię poprowadzę sama a nie będę obwożona. Zapach benzyny i rozpuszczalników mogłabym spokojnie rozetrzeć za uchem i takie Chanel wcale by mi nie przeszkadzało. W sporcie rywalizacja przyprawia mnie o kompletne odłączenie mózgu, walka jest dla mnie poezją. Można mnie łatwo sprowokować mówiąc  „nie da się” i nie rzadko muszę powstrzymywać chęć walnięcia kogoś pięścią w szczękę.
Mogłabym mnożyć takie testosteronowe upodobania, ale boję się, że zaraz zaprowadzę się sama we Freudowskie klimaty. A obszary do takiej eksploatacji są u mnie dość szerokie. Mój spragniony syna Ojciec, odkąd pamiętam, pochwalał  u mnie agresywne, chłopięce, często ekstremalne zachowania. Pauza.

Są takie dni, kiedy estrogen postanawia chyba nadrobić zaległości i zalewa mnie fala kobiecej melancholii, refleksji, rozdrażnionej sensualności i wrażliwości.
Chyba dzisiaj taki właśnie mam dzień. Normalnie kwiatki we włosy mam ochotę wplatać  tak łagodna się czuję… Otaczający mnie świat ma tylko zapachy, odcienie, faktury i melodie.
Nie chce mi się uśmiechać, ale mam w sobie spokój i łagodność . W głowie słowa układają mi się wierszem i zaczynam się zastanawiać czy to nie jakaś forma rozdwojenia osobowości. Zrzucam jednak winę na hormony.
Natręctwo dnia dzisiejszego to…. zapach prania. Nie chodzi mi o taki ordynarny Persil, ani nawet o Coccolino. Potrzebuje czegoś więcej. Odcieni zapachu, subtelnych fluktuacji, mieszaniny na miarę Pachnidła. Nie umiem się  zapachowo zaspokoić więc zaczynam prać prześcieradło. Ręcznie. Nie mam szarego mydła, ani nawet Białego Jelenia. Upajam się jednak zapachem kremowej piany, którą stworzyłam z kilku detergentów zalegających w szafce.
Patrzę przez okno, promienie słońca…. ok wystarczy zapędzam się za daleko w takich opisach. Ale patrzę przez to okno i dostrzegam rozpiętą przez poprzednich najemców linkę w ogrodzie.
Czasownik „wyżymać”, odchodzi w dzisiejszych czasach do lamusa, ale ja właśnie wyżąć prześcieradło na własne życzenie muszę. Mam bardzo silne dłonie, więc nie jest to dużym problemem. Cieszy mnie nawet pachnące kropelki spadające na moją lnianą spódnicę… O tak.. spódnica.. długa…plącząca się przyjemnie wokół gołych nóg. Jezu, chciałam użyć słowa nagi! co się ze mną dzisiaj dzieje…
Moja niecodzienna garderoba bardzo spodobała się Franiowi. Chował się, plątał , okrywał… Kiedy wieczorem zasypiając powiedział: „Mamo, założysz jeszcze kiedyś spódnicę…? – pomyślałam, że potrzeba „chowania się za maminą spódnicą” nie jest tylko powiedzeniem, ale prawdziwą przyjemnością małego człowieka…

Wyżętą bieliznę pościelową, przełożyłam do piknikowego koszyka z wikliny. Miękka trawa pod stopami musiała wywołać u mnie jakiś dziwny wyraz twarzy, bo Maryśka obserwując z leżaka moje absurdalne wyczyny, zerwała się i biegnąc po aparat rzuciła:”MAMA czeekaj, ja ci muszę zrobić zdjęcie!”
Nie chcę zdjęcia, chce rozwieszać moje pranie!
Zapachy kwitnącej tuż obok mirabelki, tulipanów, wiatru i zachodzącego słońca pomieszały się dokładnie tak jak marzyłam… W wielkich miastach nie ma szans na takie proste doznania. Zatopiłam się w zapachu z napędzaną estrogenem romantyczną ulgą…

DSC_9825
DSC_9865

DSC_9851

DSC_9861

DSC_9854
DSC_9817
Mój nastrój musiał się udzielić dziewięcioletniej Hani.
„Chodźmy na łąkę mamo, plizzz!”- wyskoczyła odziana w zwiewną sukienkę moja, mała, śliczna, bosa rusałka…
„Chodźmy zatem!”
Bose stopy odziałyśmy w kalosze, co zupełnie nie przeszkodziło wizerunkowi…
Reszta ekipy – o oczko mniej rozmarzona niż my Dwie, dołączyła do spaceru. Marchewki dla konia, zapas lizaków dla Frania i aparat świetnie zmieściły się w podwiniętej obszernej spódnicy.

DSC_9924

DSC_9919

DSC_9915

DSC_9911

DSC_9901

DSC_9900

DSC_9898

DSC_9933

Kobiecy, bardzo matczyny spokój nie opuścił mnie do końca dnia. Zasypiałam też całkiem spokojnie myśląc o tym, że jutro muszę wyregulować te rurki w kranie, których nie potrafił naprawić fachowiec. Klucz francuski chyba powinien być w mojej szafce z narzędziami…..

DSC_9874

DSC_9880

DSC_9883

DSC_9888

 

 

 

 

 

 

 

Leniwa niedziela.

8. IV 2018  Saltway Barn, UK

Skoro Daukszewiczem zaczynamy, to musi być ciepło jak za piecem, prawda?
Orzekli w radio spece, że ciepło będzie ale przecież nie tutaj tylko w Polsce. Krzysztof przecież nietutejszy bajarz więc na angielskiej aurze się nie zna.
Ja za to, już trochę się poznałam i wiem, że jeżeli w Kopciuszka od rana w popielniku się nie pobawię, to niedziela temperaturą raczej do Narnii się zbliży, bajkowo patrząc na sprawę.
W ciepłe szare kapcie numer „kajak 39” wpadam miękko, w nosie mając Kopciuszka z jego filigranowym pantofelkiem. Rozkoszuję się mięciutkim materiałem na bosych stopach, okrywam ramiona pluszowym kocykiem w myślach pijąc już waniliową soya latte…
Spod kołdry wystaje poczochrana blond fryzura „Mamo, będzie dzisiaj kaffka w łósssku i kominek…?Albo mozze być kisiel, rózzzzowy…” Czar poranka prysł, jak to u Kopciuszka przecież……. „Już się robi synku…!”

DSC_9554

DSC_9556

No właśnie, od rana w niedzielę „się robi”.
Ale zatrzymam się tutaj, bo poczułam, że żartuję sobie trochę zbyt lekko. Przecież  Matek z Czworgiem, Sześciorgiem, Dziesięciorgiem jest na świecie całkiem sporo. A zdecydowana większość nawet w niedzielę,  nie ma co położyć na talerzu swoim dzieciom. Kropka.
Jest też i przecież ta część kobiet, która oddałaby wszystko, żeby mieć choć Jedno, to Upragnione i nie wypuszczać go z ramion ani w niedzielę, ani w żaden inny cholerny dzień Jej życia. Chcę o tym pamiętać uprawiając takie tutaj blogowe „pseudonarzekanie”. Przepraszam, obiecałam, że będzie szczerze, nie zawsze lekko.

To może zacznę inaczej.
W idyllicznej i opływającej w dobrostanie rzeczywistości, zdarza się czasem, że nie mamy czasu dla siebie. I to mam tutaj na myśli wypaczając trochę sarkastycznie obraz takiej przykładowej niedzieli.

Wracając do tonu lżejszego, myślę, że sporo z nas nie czyta od rana książki, nie uprawia joggingu, stretchingu czy nawet jogi. Niedziela to niejednokrotnie najcięższy dzień tygodnia jeżeli popełni się błąd niezaplanowania weekendu poza domem.
Dzisiaj u mnie zapowiada się właśnie taka niezaplanowana niedziela.
Postanowiłam, że zamiast  joggingu „pouprawiam” sobie dzisiaj Nordic Walking, a co mi tam.  Więc robie „walking” do drewutni i „nordic” mam od razu gratis bo przecież w kapciach brytyjskie tropiki zaatakowałam. W drewutni zaawansowany stretching odpaliłam po takie ładne, okrąglutkie drewienka…Odechciało mi się rozciągania -jak polano najpierw w pustą dzisiaj głowę, potem prosto na najmniejszy palec w kapciach przecież ukryty- runęło z hukiem.

DSC_9500

DSC_9504

W ramach potencjalnej jogi w sumie medytować już też zaczęłam nad zapałkami, które nijak ogień krzesać chciały. Proszę, aktywności całkiem modne, prawda…?
Kominek rozpalony.

DSC_9486

DSC_9492

DSC_9498

DSC_9512

W drodze po kawę, bukiety pięknych żonkili od Frania osładzają zakopcony poranek…Obok jednego wazonika pozostałość po wczorajszym wieczorze mruga z zachętą… „Kaffka” z wkładką przeszło mi przez głowę, ale zrobiłam tylko zdjęcie ślicznotce 😉

DSC_9544

DSC_9537

DSC_9549

Jak zrobiłam jedno, to po kawę już nie dotarłam bo akurat światło ładnie się rozkładać zaczęło: to na kociej łapie , to na psim nosie, to na……..  najpierw w obiektywie pojawiły się malutkie, „pączusiowe” jeszcze stópeczki, zaraz po nich jedna para- powiedzmy- w rozmiarach zbliżonych do Kopciuszka. Dalej niestety, musiałam zmienić perspektywę bo mi się te nastoletnie gicze po prostu w kadrze przestały się mieścić.

DSC_9516
Przestało mi się również mieścić w głowie, że czwórka moich aktywnych, fajnych dzieciaków przez braki organizacyjne z mojej strony tak szybko i jednomyślnie sposób na „nudę” znalazła. Nawet pies z kotem- jak dobrze popatrzycie – lenia niedzielnego na kanapie przed kominkiem prezentują…

DSC_9534

Przez chwilkę pomyślałam, że skorzystam może z okazji i wcisnę się pomiędzy nich z dobrą książką( albo Netflixem..)…
Jednak dzisiejsza rola Kopciuszka uległa nagle poszerzeniu…” Mamiii, a upieces sarlotkę dla mnie???” Właściciel „pączusiowych” wychylił się znad Iphone’a z błagalną miną..
„Zrobię, pod warunkiem, że przygotujesz ją ze mną…”

DSC_9570

Trójka z czwórki zerwała się od razu z kanapy!!! Zadziałało!!

DSC_9675

Kopciuszku do garów zatem. Przynajmniej zamiast popiołu będziesz miała mąkę we włosach…
Na szczęście w lodowce nie było jajek, masła i śmietany ( a szarlotka Babci Jadzi zdecydowanie wegańska nie jest).

DSC_9573

Szybko przekalkulowałam, że wycieczka do polskiego sklepu w Redditch zagospodaruje znaczną część niedzieli. Zahaczymy też o skatepark (żeby ten Jeden, co się z kanapy ruszyć nie chciał -też miał motywację do wycieczki ) . Heel whip, king heel, bar spin, 360 i takie takie tam ostatnio Jaśkowi  tylko w głowie … Rampy, hulajki, vansy i koszule po kolana … Ale szarlotkę też lubi, więc oderwanie go od telefonu wydaje się dziecinnie proste.
Finał dopowiadam fotograficznie, a na polecenie mojej Blogmanager (autorki kilku świetnych, dzisiejszych zdjęć) zapraszam wkrótce do zakładki „Od Kuchni”. Może uda mi się tam choć trochę podzielić ciekawymi rodzinnymi przepisami i przybliżyć smaki naszych leniwych niedziel.
Pracowitego poniedziałku, życzy leniwy niedzielny Kopciuszek!

DSC_9583

DSC_9631

DSC_9636

P.S.
Sekretem udanego wypieku jest użycie odpowiednich narzędzi…Tu ewentualnie można zastosować wałek, ale wtedy nie gwarantuję efektów końcowych 😉

DSC_9649

DSC_9669

DSC_9677

DSC_9684

DSC_9685

„Nie chcę takiej małej sarlotki, więksą chciałem…”

 

 

Znowu woda…

4.IV. 2018 Feckenham

Dzisiaj będzie fotograficznie, chociaż nadal mokro.
Pada. Pada trzeci dzień z rzędu, ale aparat mnie „świerzbi” . Może uda mi się porobić zdjęcia między kroplami.
DSC_9405
Może nie między, ale krople obecne.

DSC_9414DSC_9417
Wszyscy tęsknią za wiosną i każdy lubi wąchać kwiatki…
DSC_9408 2DSC_9421

Franio samodzielnie założył kalosze i dołączył do nas -jako jedyny z rodziny, któremu trochę wody z nieba zupełnie nie przeszkadza. Nie licząc psa, któremu nigdy nic nie przeszkadza, pod warunkiem, że może towarzyszyć krok w krok. Kochany pies z tej naszej Szekli. Potrafi tylko kochać. I tylko całym sercem.
Flat Coated Retriever, urodzona w Yorkshire – nareszcie znów w swojej Ojczyźnie. Docenia tutejsze wrzosowiska przeplatane błotnistymi kałużami. Ja mniej. Szczególnie po powrocie ze spaceru.
Niektórzy na spacery prawie nie wychodzą i zapuszczają korzenie na kanapie…Az trudno uwierzyć, że ta wielka stopa w kadrze powyżej należy do mojego „małego „Jasia…
DSC_9440
Mały Jaś.
DSC_9461
Hania czy Mania..? 😉
DSC_9403
DSC_9426DSC_9429
Ty mnie mamo, lepiej pilnuj. Albo chociaż swoich ” kapci”….
DSC_9435

No dobra…przyznaję: nie dopilnowałam…
DSC_9447DSC_9413

Wiej  Mały Człowieku póki możesz, matka w ogrodzie znalazła narzędzie tortur… Łamanie kołem…to chyba brytyjska metoda wychowawcza, nieprawdaż…?

Dyngus po angielsku

Czasy kiedy z lubością mogłam spać do południa wspominam z utęsknieniem. Ale w wielkanocny poniedziałek pobudkę o 7.30 przyjęłam ze świadomością rodzinnej przewagi:)
Chłodne angielskie powietrze obficie przepełniało sypialnię wdzierając się przez otwarte okno. A za oknem…? Deszcz za oknem.
Szczerze? Nie miałam ochoty wystawić czubka nosa spod kołdry… Pies chrapał na kołdrze, kot pod kołdrą.  Franek na środku łóżka zaanektował 3/4 pościeli i wyglądał jakby mu jeszcze mało było. Na samym skraju materaca, zwinięty w kłębek Mister K. ubrany w polarową bluzę z kapturem, obłożony poduszkami, przegrał najwidoczniej  walkę o kołdrę i musiał zadowolić się niezbyt mięsistym kocykiem…
Na pierwszym piętrze cisza zupełna..znaczy Młodzi śpią….
Śmigus Dyngus…..!!! Z ekstazą uświadomiłam sobie okoliczności 🙂 Moja przewaga była miażdżąca i wiedziałam, że tym razem nie nie dam rady się opanować i po prostu obleję ich wszystkich tak żeby zapamiętali!
Chyba tylko ja sama wiem, jaka dzika radość we mnie wstąpiła, absolutne szaleństwo adrenalinowe.
Nie wiem, może była to po prostu chęć ulżenia sobie po stresach ostatnich miesięcy, czy też ostatnich lat bycia tą rozsądną Mamą, Żoną…
Na myśl o realizacji wodnego planu od  razu odechciało mi się wylegiwania, wysmyknęłam się z sypialni i załadowałam amunicję: wiadro od mopa, i dwie butle po mineralce po brzegi wypełnione lodowatą wodą…

Zacznę od góry, wtedy Mister pomyśli, że go oszczędzę hihi:)
…Drzwi do Maryśki były uchylone…zobaczyłam, że stoi tyłem -zakładała właśnie świeży podkoszulek…pół wiadra wylądowało centralnie na jej plecach, włosach .. no troszkę na wykładzinie…Kiedy zaczynała się drzeć, ja już byłam w pokoju obok:)
Zdarłam z Janka kołdrę:) zdążył się tylko troszeczkę skulić kiedy opróżniałam wiadro na jego gołe plecy…. no dobra.. poprawiłam z butelki prosto na głowę…rozległ się ryk zarzynanego niedźwiedzia… Boszszsz jaką ja miałam satysfakcję!:) Śmiałam się w duszy i na zewnątrz również:)
Na Hanulkę trochę amunicji mi zabrakło i oberwało się bardziej kotu który wygrzebał się spod kołdry i przyszedł na gorę w niefortunne odwiedziny… MIAAAAAUUUUU..rozdarła japę Simba i wystrzeliła z pokoju jak oparzona:)
„Co tam się dzieje???!!” Mister się lekko zaniepokoił, kiedy stanęłam w progu sypialni.  Postanowiłam, że wezmę go z zaskoczenia… Wolnym krokiem weszłam do sypialni, trzymając wiadro od mopa dyskretnie za sobą… „Chyba się leją wodą na gorze, chowam się u Ciebie pod kołdrą, dobra?”…”Spoko wskakuj…..” Odchylił kocyk robiąc mi dobrodusznie miejsce…
…Zawartość wiadra z pluskiem opadła na jego twarz, za kołnierz i nie wiem już dalej gdzie, bo wiedziałam, że muszę wiać w jedno bezpieczne tylko miejsce… Złapałam Franciszka jak tarczę, ale nie wiedzieć czemu jakoś nie chciał za bardzo się do mnie przytulać obudzony taką scenką…Co więcej włączył syrenę i zabawa się skończyła…

Zwariowałaś…!!!? Zdziczałaś?!!! Co Ci odbiło…??!! Tak mnie zaczęli wyzywać jakbym co najmniej coś złego zrobiła, a nie raz na dekadę skorzystała z przywileju tradycji…

Jedyny podejrzanie spokojny pozostał Janek, co wróżyło katastrofę. Wszedł wolno do sypialni i spokojnie powiedział patrząc mi w oczy:”Mamo, PAYBACK IS A BITCH….”(pardon za język ale to był cytat)
Chłopak ma fantazję więc trochę przez chwilkę pożałowałam… Wstałam, żeby posprzątać to co nabałaganiłam i mijając próg przyjęłam pełne wiadro zimnej wody zaserwowane prosto na twarz, przez moją Pierworodną:) Team work. Congrats…

Wyrwało mi się automatycznie takie typowe rodzicielskie: „No dosyć!!! Już koniec zabawy!!! Wszystko będzie mokre!!!!” I zaczęłam się histerycznie śmiać, bo naskoczyli na mnie wszyscy tak, że przez chwilkę straciłam orientację…

W końcu to tylko woda, nie ma co się przejmować… Następnego dnia nie będzie po niej śladu…:)
Przypomniała mi się moja ukochana Babcia Lonia i Dyngusy na Mieliwie w naszym  Domu pod Strzechą… Zasuszona Staruszka, wstawała o świcie, oblewała wszystkich po kolei, a potem chowała się w swoim pokoju, podpierając od wewnątrz drzwi wielkimi widłami. Zawsze miała te widły w pokoju, tak na wszelki wypadek, gdyby „ktoś nieproszony zabłądził w nasze progi”… Najbliższy sąsiad mieszkał 8 kilometrów od nas. Otoczone dzikim lasem i jeziorami  byłyśmy zecydowanie narażone na niepożądane wizyty. Ale ona była przygotowana na wszystko i pchnięcie intruza widłami nie przyszłoby jej zapewne z trudem. Ale o Niej  i o widłach kiedy indziej, bo historia jest długa..

Historia tegorocznego Lanego Poniedziałku, też nie zakończyła się o poranku.. bowiem podczas wieczornego spaceru po okolicznych łąkach, Mister wypatrzył największy, najzimniejszy i najbardziej błotnisty staw jaki zdołał… Spokojnie i porozumiewawczo zwrócił się do dzieci:”…Co Wy na to, żeby Mama również zapamiętała dzisiejszy dzień, chyba jej się należy…?”
(….)

 

Osiemnastka.

30.03.2018 Warszawa
Jeszcze chwilka, będę w chmurach… Ciałem jeszcze nie, ale duchem już prawie jestem na pokładzie samolotu do Zjednoczonego Królestwa…  Jeden podpis pod umową najmu, przekazanie kluczy, potem tylko relaksująca podróż na lotnisko…Samolot odlatuje za dwie godziny, nareszcie wszystko zgodnie z planem….

IMG_1881

Lodowata woda tryska pod ogromnym ciśnieniem prosto na moją twarz. Wwierca się bezwzględnie do nosa. Zupełnie po swojemu- nie pytając o zgodę- przeczesuje strumieniami starannie ułożony na mojej głowie przedziałek… Zamykam z trudem usta, bo Nałęczowianka to prawdopodobnie nie jest…
Nie jestem w stanie otworzyć oczu a wiem, że muszę  dość szybko znaleźć sposób na zlokalizowanie i zatamowanie przecieku. Macam więc na oślep, acz namiętnie niebieską kulę w poszukiwaniu dziurki- sprawczyni tej spontanicznej powodzi . Kulka duża nie jest, bo to  „tylko” zbiornik wyrównawczy w piecu gazowym zlokalizowanym w przedpokoju…W ekstazie napotykam otworek i zasadzam palucha. Taki korek pozwala mi na chwilę otworzyć usta i zawołać po pomoc. Korzystam z chwili i zaczynam drzeć się na cale gardło pokonując na chwilkę ten poranny waterboarding  : „MIIIISKAAAA! JAAAANN….tfu,ehe,blee,fuj,bul…
12 letni Jasio myśląc, że mnie chyba musiało porządnie zemdlić skoro proszę o miskę – pojawia się bez miski ale za to w towarzystwie czteroletniego brata oraz świeżo upieczonych najemców naszego warszawskiego domu…
Stanęli w progu. Gapią się, a ja trzymam ten cholerny palec naprawdę mocno i głęboko, mijają sekundy, nie daję już rady i ciśnienie wygrywa poszerzając dziurkę. Kolejny chlust,  lekko metaliczny w smaku, acz neutralny w zapachu dokańcza dzieła i stoję tak sobie kapiąc tu i tam, gotowa do odlotu wieńczącego osiemnastą przeprowadzkę w moim życiu.

To nie jest fikcja Kochani. To nie jest fantazja na potrzeby pierwszego wpisu na bloga, choć samej trochę trudno mi zrozumieć, czemu przygody tego typu przytrafiają się właśnie mnie…

W sumie nie powinnam się dziwić bo bywam ekstremalną gapą i Jinxem równocześnie. Spadam jednak na 4 łapy (odpukać) zachowując przez to niepoprawny optymizm życiowy.
No bo coż to takiego w końcu strasznego, takim troszkę przemoczonym na pokładzie samolotu się odmeldować? Przynamniej nikt mnie nie popychał, nie dotykał i tak jakoś dziwnie z drogi współpasażerowie schodzili. Po co histeryzować? Nawodniony człowiek przynajmniej i domyty. Ważne, że paszport w ręku suchy…

A paszport w ręku mieć to dla mnie wyzwanie zdecydowanie większe, niż parada mokrego podkoszulka przez Okęcie…

12 godzin wcześniej…
Dwadzieścia wypchanych pudeł : siodła, ogłowia, pamiątkowe zęby trzonowe i przedtrzonowe też (no takie od Wróżki Zębuszki odkupione!), ozdoby choinkowe, listy miłosne romantyczne , kolekcja figurek z „Psiego Patrolu”, oraz z mniej istotnych rzeczy: dokumenty– taki niezbędnik przeprowadzkowicza w moim wydaniu.
Załadowana ciężarówka wyjechała o 23.00 prosto do Calais, żeby spotkać się z nami następnego dnia w nowym domu w Anglii.
Można w końcu odetchnąć. Zwieńczeniem dwutygodniowych przygotowań będzie spokojny check in przed komputerem z lampką wina dla relaksu…
„Ok,  Jasiek odprawiony, Franio również …hmmm gdzie też jest ten mój paszport…????
A w ciężarowce chyba pojechał z dokumentami.” Zganiłam się chwilowo za tę lekkomyślność, ale dysonans rozpłynął się błogo. Dowód tożsamości przecież wystarcza, do Ameryki się nie wybieram…
„Numer, seria click click ok. Data ważności grudzień 2017, no co do cholery nie wchodzi, beznadziejny ten system mają…??”
„Mamo ogarnij się w końcu, 2018 już jest od czterech miesięcy!!!!” podpowiedziało mi któreś z dzieci z przerażeniem….
….
No dobra. Nie wyjadę, po prostu znowu nie wyjadę przez brak odpowiednich dokumentów. Powtórka z 2015 roku troszkę w innym wydaniu  ( tu więcej szczegółów historycznych dla chętnych : https://carolinedowchan.com/old-stories-stare-dzieje/ )

Brawo ja! Brawo!
Gapa, niedojrzała pierdoła, lekkoduch, oszołom, nieodpowiedzialna matka, żona etc…

Dobrze się tak czasem pobiczować, bo mózg się dotlenia i wola walki się pojawia. I choć torturować i upodlać bym mogła tak dalej, to na tym jednym  polegać właśnie mogę.
Wola walki.
Nie zawiodła mnie nigdy. I jak się już obudzi, to zmiata z powierzchni inne moje cechy jak tornado . Szczerze…? Uwielbiam ten stan. Popadam w autoekstazę kiedy zaczynam być w kropce.  I życie mnie rozpieszcza,  bo podsuwa mi szczodrze rozwiązania.

Tym razem wola walki szybciutko się załączyła. Nie opuszczenie przeze mnie Polski w ciagu 24h wiązałoby się z finansową, logistyczną i traumatyczną katastrofą, dotyczącą  szerokiego grona  polegających na mnie ludzi.
Decyzja zapadła bardzo szybko.
Skoro mój paszport fizycznie jest ale tak troszkę hmm…. ucieka, to nie należy zastanawiać się nad wyrabianiem nowego, podrabianiem starego czy przekupstwem służb granicznych … Jak coś ucieka to goń!!! Gońżesz człowieku ile wlezie! Pedałuj, wiosłuj, galopuj whatever…Widzicie rozpędzam się szybko, więc dobrze, że fabryka ograniczniki pod maską montuje… Kto pierwszy do Calais? Ciężarówka czy ja…? Aż tak daleko rozpędzić się nie dało, bo Pan Kierowca ciężarówki na odpoczynek wybrał sobie MOP Wiskitki …
Półtorej godziny pościgu za paszportem, phi tyle co nic… Żadna to przygoda jak się tak człowiek kortyzolu naprodukuje na zapas. Ale w naturze nic nie ginie i kortyzol jak się okazało w niedalekiej przyszłości ponownie się przydał.

Poranny prysznic przy okazji awarii pieca CO, nie był oczywiście jedyną przygodą, ale kto przejmowałby się, że Uber Van odmówi transportu Franka bez fotelika…Chociaż może był to tylko pretekst, żeby nie wpuścić tak ociekającej wodą pasażerki.

Tylko dzięki dobremu sercu moich nowych Najemców (wolę nie zastanawiać się nad pozostawionym pierwszym wrażeniem) misja została dopięta. To właśnie oni zaoferowali  fotelik swojego dziecka i kierowca już wyjścia nie mial jak tylko dowieźć nas na Okęcie.

40 minut do godziny zero.
Próba nadania bagażu oversize na 38 minut przed odlotem- co prawda po trzech przepakowaniach -ale zakończyła się w końcu sukcesem.
Security check – tu małe wyzwanie- bo wyjmij człowieku nasiąknięty wodą, skórzany pas z przemoczonych, przylgniętych na maxa jeansów i „przeplaskaj „w mokrych skarpetkach przez bramkę … scenkę pozostawiam waszej wyobraźni.
Straż graniczna też miała challenge z potwierdzeniem mojej tożsamości…
Przepraszam, ale jakoś tak nie zdążyłam się przejrzeć w lustrze … Oj, no troszkę się „rozmazałam”.. takie tam czarne smugi na policzkach roztarte, z włosów już przynajmniej nie kapało- troszkę się tylko potargały tworząc takie jakby niby gniazdo…..Who cares…?

Mission accomplished.
Wybaczcie, dokumentacji zdjęciowej nie załączam;)
Wasza
K.

Zacznij Mamo, tak po prostu

Po prostu. Po prostu to ja nie umiem. I chociaż bardzo bym chciała, to zmuszać się też nie umiem do tego „po prostu”. U mnie w życiu raczej „po krzywu” wszystko się dzieje i w kolejności zupełnie nie popularnej. I pewnie w tym miejscu też tak będzie, skoro ma być prawdziwie i dokumentacyjnie.

Jednak elegancko i na poważnie zacząć wypada, bo moja Pierworodna M., blogmanager, blogedytor i blogmotywator- zwolni się z posad powyższych tracąc kompletnie nadzieję na posiadanie poważnej i poukładanej matki o jakiej marzy, odkąd pamięta.

Ze szczerą ekscytacją Witam Was  zatem w progach mojego bloga. Bloga pamiątki. Bo tak właśnie wyobrażam sobie to miejsce.
Demencję, Alzheimera lub inne losowe prezenty dostajemy niespodziewanie-  w takim razie, na wszelki wypadek postanawiam: zapiszę zanim zapomnę.

Pokrótce może zaznaczę, o czym tu w ogóle mam zamiar wspominać, żeby Odbiorca nie „naciął się” przypadkiem w oczekiwaniu na porady, jak tu fit, trendy, beauty, czy poprawnym politycznie być…

Popiszę sobie tutaj trochę swawolnie i nie gładko zapewne, za co najserdeczniej przepraszam, ale umiem tylko tak.
Popiszę pewnie o byciu matką Czworga, żoną Jednego i opiekunką kilkunastu Czworonożnych.
Popiszę  może o siedemnastu przeprowadzkach (w tym od numeru dziewięć w zacnym i szerokim gronie.
O międzymiastowych, miedzynarodowych, międzykontynentalnych zmianach mentalności.
O „jednej takiej” pewnie też  wzmianka będzie…Nie lubię jej do dzisiaj- bo bezwstydnie, przez 5 długich lat po salach operacyjnych mnie oprowadzała. Na Tamten Świat uparcie zaproszenie podsyłała, choć na przekór zamiarom udało „Jej” się tyko mocniej postawić mnie na nogach.
Musi być tutaj trochę o Babci Jedynej, Najkochańszej, Strzelczyni Krajeńskiej .
O pierwszych latach mojego życia tylko z Nią. W dzikim lesie,  w wielkim domu z bali, strzechą krytym- kilometry od ludzi oddalonym.
O Dziadach Mickiewicza zamiast bajek na dobranoc i Lwowskim Teatrze odgrywanym na taborecie przed kominkiem.
O Pradziadku, co w mundurze Pułkownika wojska Carskiego na koniu do karczmy wjeżdżał – swojej żony Łabęckiej od Duninów herbu Tępa Podkowa szukać .
O Mongolskim Chanie, co nazwisko, pasję do koni oraz dzikie szaleństwo życiowe w genach pewnie podrzucił, nie pozostawiając wyboru tułaczką napiętnował.

No i niech już będzie…O miłości słowo może wspomnę, bo choć różne ma oblicza to skromnie i wiernie w podróży życiowej  mi towarzyszy…

Oddaję Wam kawałek siebie i swojej historii. Może, tak po prostu się komuś przyda.

Wasza Karolina.