Wyróżnione

Zacznij Mamo, tak po prostu

Po prostu. Po prostu to ja nie umiem. I chociaż bardzo bym chciała, to zmuszać się też nie umiem do tego „po prostu”. U mnie w życiu raczej „po krzywu” wszystko się dzieje i w kolejności zupełnie nie popularnej. I pewnie w tym miejscu też tak będzie, skoro ma być prawdziwie i dokumentacyjnie.

Jednak elegancko i na poważnie zacząć wypada, bo moja Pierworodna M., blogmanager, blogedytor i blogmotywator- zwolni się z posad powyższych tracąc kompletnie nadzieję na posiadanie poważnej i poukładanej matki o jakiej marzy, odkąd pamięta.

Ze szczerą ekscytacją Witam Was  zatem w progach mojego bloga. Bloga pamiątki. Bo tak właśnie wyobrażam sobie to miejsce.
Demencję, Alzheimera lub inne losowe prezenty dostajemy niespodziewanie-  w takim razie, na wszelki wypadek postanawiam: zapiszę zanim zapomnę.

Pokrótce może zaznaczę, o czym tu w ogóle mam zamiar wspominać, żeby Odbiorca nie „naciął się” przypadkiem w oczekiwaniu na porady, jak tu fit, trendy, beauty, czy poprawnym politycznie być…

Popiszę sobie tutaj trochę swawolnie i nie gładko zapewne, za co najserdeczniej przepraszam, ale umiem tylko tak.
Popiszę pewnie o byciu matką Czworga, żoną Jednego i opiekunką kilkunastu Czworonożnych.
Popiszę  może o siedemnastu przeprowadzkach (w tym od numeru dziewięć w zacnym i szerokim gronie.
O międzymiastowych, miedzynarodowych, międzykontynentalnych zmianach mentalności.
O „jednej takiej” pewnie też  wzmianka będzie…Nie lubię jej do dzisiaj- bo bezwstydnie, przez 5 długich lat po salach operacyjnych mnie oprowadzała. Na Tamten Świat uparcie zaproszenie podsyłała, choć na przekór zamiarom udało „Jej” się tyko mocniej postawić mnie na nogach.
Musi być tutaj trochę o Babci Jedynej, Najkochańszej, Strzelczyni Krajeńskiej .
O pierwszych latach mojego życia tylko z Nią. W dzikim lesie,  w wielkim domu z bali, strzechą krytym- kilometry od ludzi oddalonym.
O Dziadach Mickiewicza zamiast bajek na dobranoc i Lwowskim Teatrze odgrywanym na taborecie przed kominkiem.
O Pradziadku, co w mundurze Pułkownika wojska Carskiego na koniu do karczmy wjeżdżał – swojej żony Łabęckiej od Duninów herbu Tępa Podkowa szukać .
O Mongolskim Chanie, co nazwisko, pasję do koni oraz dzikie szaleństwo życiowe w genach pewnie podrzucił, nie pozostawiając wyboru tułaczką napiętnował.

No i niech już będzie…O miłości słowo może wspomnę, bo choć różne ma oblicza to skromnie i wiernie w podróży życiowej  mi towarzyszy…

Oddaję Wam kawałek siebie i swojej historii. Może, tak po prostu się komuś przyda.

Wasza Karolina.

Niedzielny tatuaż na duszy

2013-04-21 16.19.42

Małe, czarne kwadraciki. Tak dużo kwadracików. Przykryte piaskowym kurzem. Są takie chłodne…Brud przykleja sie do skóry, a zimno ogarnia cały policzek. Mimo ochronnej warstewki dziecięcego jeszcze, tłuszczyku chłód przenika głęboko, aż do małych kostek policzkowych. Jak szybko ten chłód jest w stanie ogarnąć ciałko czterolatka, któremu zapragnęło sie położyć na kościelnej posadzce z kamiennej mozaiki…Pamiętam to ogarniające zimno bardzo dobrze, to położenie sie krzyżem, na brzuchu na środku nawy głównej tuz przed stopniami prowadzącymi do ołtarza.

Granitowe kamyczki z maleńkimi bruzdkami. Niektóre mają postrzępione krawędzie, inne trwają w swej formie od dziesiątek lat- niewzruszone szuraniem butów.
 Czekaja pewnie kiedy przyjdzie czas aby pozbyć się ulicznego kurzu i piasku naniesionego przez podeszwy. Cieszą się na dźwięk dzwonków jak pies Pawłowa.
Tysiące wiernych kolan ugina sie tu co niedziele by pozamiatać to co naniesione. Posłuszne rzepki czasem lekko chrzęszczą, obleczone materiałem niedzielnego ubrania. Jedwabna spódnica która za karę, iż odsłania bezwstydnie kolana z oporem daje sie obciągnąć, podwinąć by okryć ciało przed zimną, zakurzoną kościelna mozaiką. Taka mała pokutka za nieskromność. Bo za skromność można otrzymać nagrodę. Długie sukienki komfortowo marszczą sie i fałdują pod kolanami pobożnych kobiet na klęczkach, wyznających swoja winę. Bardzo wielką winę….
Maleńkie kwadraciki odciskają sie boleśnie również na kolanach mężczyzn bijących sie w piersi- choć Ci przeważnie, z zapobiegliwości kryją swoje kolana w eleganckich garniturowych spodniach. Co najwyżej niedzielny kant materiału po takich pokutach nie będzie juz tak precyzyjny. Po mszy pogniecione kanty, przybrudzone jedwabie bedą miarą ludzkiej gorliwości.

….

Mam jakieś cztery lata i gorliwości aż zanadto; gorliwość w odkrywaniu świata,  gorliwość w doświadczaniu rzeczywistości. Zupełnie naturalna cecha u dziecka w tym wieku. 

Drobniutka blondyneczka, z cerą trochę zbyt mocno osmaganą jak na miejskie, łódzkie dziecko.

Nowiutkie, białe skarpetki mają falbankę przy kostce, nie zdążyłam się jej dobrze przyjrzeć bo mama ubierała mnie nerwowo i w pośpiechu, wybierając specjalne ubranie do kościoła.
Marudziłam przy ubieraniu. Chyba nawet bardzo. Widocznie mi się nie podobało, może drapały mnie metki…
Rozpieszczona przez Babcię bieganiem na bosaka po trawie, nawet czasem na golasa w deszczu  – z trudem znosiłam niedzielny reżim modowy mojej matki.

Często denerwowałam moją mamę. Prowadziła mnie wtedy do kościoła okropnie ściskając moją rękę.
 Wolałam zostać z moją Babcią. Babcią Lonią. W środku lasu, z sarnami, dzikami, pliszkami, bekasem, borsukiem i całym moim dzikim światem. Moim i Babci Loni.
Bo mama odwiedza mnie bardzo rzadko. Niestety czasem przyjeżdża po to, żeby mnie zabrać do miasta. Nie lubię tych kilku tygodni z mamą, mimo że ją przecież chyba bardzo kocham. To przecież Mama.
Mama jest nerwowa, szczególnie w niedziele. Szczególnie kiedy do kościoła musi chodzić sama, nie pasuje jej ten obrazek.

Tata wyjechał na długo. Wróci taki opalony i będzie opowiadał o Tajlandii, Brazylii, Urugwaju i Paragwaju. 

-„Musisz  iść szybciej!” …spóźnienie to wstyd w Kościele …. – „ Potem może miejsca w ławce nie być…”
Nie chcę miejsca w ławce. Nie ciepię ławki i tak bardzo chcę się spóźnić…

Najlepiej tak bardzo, żeby przyjść na sam koniec. Takie niedzielne marzenie z dzieciństwa…Więc po drodze gorliwie zachciewa mi sie siku – na pewno ze dwa razy w ciągu 10 minut drogi. Zatrzymuję się, żeby poprawiać buciki, przykucam i oglądam nowe falbanki przy skarpetkach. Kiedy szarpnięciem podnosi mnie za łokieć, uginam nogi żeby jej było ciężej i żeby nie mogla mnie unieść jedna ręką.
Ot cóż, gorliwość oporu parolatka.
Czuję, że zaczynam przeginać, widzę ze szarpie mnie i syczy wściekle przez zęby żebym była grzeczna. 

Mijają nas inni idący do kościoła. Moja matka czerwienieje ze wstydu nad tak niegrzecznym dzieckiem.
– „Taka ładna a taka niegrzeczna…”- zatrzymuje sie jakaś sąsiadka żeby „wesprzeć” moja matkę i zawstydzić takie rozwydrzone dziecko.

Skoro świat widzi we mnie zło, to wcale nie mam ochoty pokazywać mu jaka dobra jestem. Cóż mam do stracenia skoro ocena juz zapadła. Teraz dopiero będę prawdziwie zła… Może świat wtedy będzie sprawiedliwszy?”
Teraz wiem, że nazywa się to łagodzenie dysonansu poznawczego.

  Więc robie się zła. Gorliwie. Prawdziwie. Może chociaż raz nie zdążymy do tego kościoła? Bo tego co mnie czeka później przecież i tak nie uniknę.

– „Wszystko powiem Tacie – jaka jesteś wstrętna i okropna! A lanie w domu i tak dostaniesz!”

– „Nie. Tylko nie mów tacie. Tata mnie kocha. Tata nie może wiedzieć, że jestem wstrętna i niegrzeczna…” Paraliżujące, zaciskające zimno.Na tyle silne, że daję się wprowadzić matce do kościoła.

Wilgotna kruchta, znajomy kościelny zapach i to obrzydliwe moczenie palców w aspersorium.
Fuj. Dla spóźnionych zostaje w kamiennych zbiorniczkach mętnawa resztka, która dziś święcie obmyła paluchy tych, co sobie dłubali w uszach, drapali sie po głowach, oblizywali lukier po pączkach z cukierni obok…
W imię ojca i syna, moja matka z miną pokornej świętej wysmarowuje sobie czoło tą brudną wodą święconą. Podsadza mnie żebym zrobiła to samo.

Jeszcze kilka chwil do rozpoczęcia mszy,  mama drepcze żeby wcisnąć się jeszcze do ławki.  

Wyrwane z nabożnego skupienia, mamroczące pod nosem kobiety robią miejsce nieznacznie unosząc brew…
-„ Masz być grzeczna, rozumiesz…?!” Syczącym szeptem cedzi prosto do ucha ściskając boleśnie moje kostki, po czym klęka, żeby przywitać się z Panem Jezusem…
Nie bujaj sie, nie stukaj nogą w ławkę, nie wierć się, nie skrob drewna…
Skrobanie paznokciem brudu na ławce było całkiem fajne. Można było zobaczyć jaki jest pod spodem kolor deski. Prawdziwy kolor. W kościelnych ławkach można znaleźć wiele brudu przykrywającego prawdziwe kolory.
Mijają minuty a ja nie mogę wytrzymać…

Nawet nie wiem jak, ale wysuwam się z ławki kawałek po kawałku. Wiem, że jak zdążę, to nie będzie się ze mną szarpać. Po prostu nie będzie miała odwagi mnie ganiać po kościele.
Najpierw stopa, potem wysunięte kolano, połowa pupy wisi poza ławką… Kiedy matka robi ruch by mnie przywrócić na miejsce, wyślizguję sie jak boa przyprawiając ją o osłupienie…

Miałam rację. Nie ruszy się z ławki żeby mnie złapać…

Chciałam być grzecznym dzieckiem. Nie planowałam robić na złość, ale pamietam to piękne uczucie chwilowej wolności, te małą euforię zagłuszającą strach. Znam ten wzrok mojej matki. Wiem co będzie. Mimo wszystko idę swoją maleńką drogą…
Gapią sie ludzie. Niektórzy się do mnie uśmiechają. Rozpływam sie wtedy jakbym czuła, że nie robię przecież nic tak bardzo złego.
Bywało, że podczas moich „ucieczek” zwiedzałam cichutko i powoli konfesjonały, przysiadałam na klęcznikach, które miały czerwone i zielone poduszki… Fascynowały mnie schody prowadzące na chór. Na górze królowało powietrze o czystym zapachu kościelnego kurzu. Lubiłam nawet ten ten zapach, pozbawiony odoru oddechów tłumu zgromadzonego na dole.
Czasem przyprowadzały mnie do matki zakonnice. Nie krzyczały, były miłe, ale trzeba im było wskazać ławkę w której siedziała mama. Taki powrót gwarantował, że matka do końca mszy nie puszczała już mojego nadgarstka… 
Kiedy zbliżał się upragniony koniec liturgii pozostawał już tylko stres. Jaka szkoda, że nie ma Taty… Będę musiała przecisnąć sie do wyjścia sama, za mamą. Tak bardzo skraca mi się oddech jak tłum przeciska się ku wyjściu pchając mnie w środku. Tata bierze mnie zawsze na ręce. Nie muszę wtedy wąchać tych wszystkich obrzydliwych zapachów. Mam trochę ponad metr. Gdzie sięgam więc swoim nosem otoczona tłumem ludzi….? Mniej więcej w okolice pośladków, bioder i wszelkiej maści krocza odziane w rozporki. Są też spódnice, niektóre pachną nawet ładnie. Można się wtedy cichaczem wtulić w taką Panią. Żeby tylko przetrwać to klaustrofobiczne zakończenie rytuału.

Ale dzisiaj brzydkich zapachów nie będzie.

Szarpnęła mój nadgarstek wychodząc z ławki zanim spłynęło dziś ostateczne błogosławieństwo Pana… 

Pociągnęła do wyjścia, gdzie w półobrocie przyklęknęła chlapiąc czoło w geście świętego znaku.
Na schodach kościelnych już prawie frunełam w powietrzu bo prawie biegła. Sienkiewicza, Tuwima. Kasztanowce. Tata pozwalał zbierać. Stacja benzynowa po lewej. Kino. Do Piotrkowskiej już tak blisko. Boję się. Chce mi się wymiotować. 

Zaczynam opierać się już całym ciężarem, dostaję dziecięcej histerii co nakręca moją matkę jeszcze bardziej. Teraz naprawdę musi mnie ciągnąć. Zapieram się butami o chodnik, o wystające płyty. Potykam się, zdzieram kolano. Szarpie i zaczyna swoje preludium: kilka razów gołą ręką przez uda. Trochę szczypie bo chude mam.
Skóra na nadgarstku piecze jak przy klasycznej pokrzywce. W sumie żaden ból.
Piotrkowska.

Prezydium miasta.

103/105 mieszkania 19. Trzecie piętro. Winda. Pewnie dostanę już w windzie. A może akurat ktoś wsiądzie..?

Dzisiaj nie wsiadł.

Jedną ręką wyciąga klucze. Mieszkanie jest puste, ale to nie ma znaczenia bo nawet gdyby moja 20 letnia siostra tam była i tak scenariusz wyglądałby podobnie.

Wyrywam się i co tchu pędzę do dużego pokoju. Wiem, że będę jej zaciekle uciekać. Bardzo się jej boję. Bardzo. Wiem że mnie w końcu dogoni. Jak szybko dzisiaj..?
Chowam sie za kanapą i słyszę jak otwiera ogromne drzwi do szafy w której trzyma buty, torebki i paski.
Czarny. Cienki. Lakierowany na wysoki połysk. Jej ulubiony.

Kiedy już biła, strach mijał.

Dopadała mnie najczęściej w rogu kanapy. Nie wiem jak to sie działo, ale finał był zawsze na kanapie, lub przy kanapie…
Podwijałam nogi i zasłaniałam się rączkami bo na udach naprawdę bolało. 

Niestety po rękach bolało bardziej. Na szczęście tam zostawały ślady więc celowała w uda.

Jedną ręką potrafiła tak jakoś zręcznie rozciągnąć mnie za te cholerne nadgarstki.

Wyciągała do góry i biła. Z całej siły, raz po razie z zamachu znad głowy.

Czarny, lakierowany, cienki. 

Biła aż jej przeszło. Biła aż się wyżyła. Biła aż jej ulżyło.
Długo nie czuła ulgi.
Zostawiała mnie po wszystkim na kanapie.
A sama znikała. Znikała nie tylko z pokoju. Znikała dla mnie. 

Uspokajałam się sama. Długo i z trudem.
Fale i nawroty. Najgorzej było ukoić oddech. Sam przyspieszał. 
Pamiętam wzór materiału na wersalce. Duże kwiaty. Welurowe. Uspokajało mnie wodzenie palcem po konturach tych kwiatów. Rysowałam więc sobie, radząc na tyle na ile może poradzić sobie czteroletnie dziecko.
Do lasu. Do Babci. Do Babci Loni. Przesiadywać godzinami na jej kolanach, uczyć się pięknych piosenek i tych najdłuższych wierszy…Robić ciasto drożdżowe, zbierać jagody.

Być dobrym dzieckiem.

(…)
Kiedy zapadła w śpiączkę czułam, że chce ją przeprosić. Miałam potrzebę przeproszenia jej za całe życie. Za moje istnienie, za innych ludzi, którzy być może jej też kiedyś zrobili krzywdę.

I przeprosiłam ją.

I choć przeprosiny maja charakter uwalniający ja zdałam sobie sprawę z najgorszej chyba prawdy jaką mogłam sobie wyobrazić. Przepraszałam ja za to, że nie mogłam jej wybaczyć.
Zamknęłam siebie i ją w więzieniu, z którego nie ma już wyjścia.

Kiedy umarła, czułam przeszywający ból i żal. Ale płakałam nad samą sobą nie nad Nią.

Kiedy po śmierci musiałam spakować Jej rzeczy, płakałam nad sobą, nie nad Nią.
Kiedy staje mi przed oczami jej obraz płaczę nad sobą nie nad Nią.

Jest mi żal siebie. Tak. Tak właśnie czuję! Czuje żal, i ból, i gorycz i ten wyrzut , że nie mogę jej bezwarunkowo pokochać nawet teraz!!! Dlaczego nie umiem wybaczyć??? Dlaczego nie umiem zapłakać nad Nią.
Gdyby stanęła teraz obok w ciele i duchu – powiedziałabym jej: „Nie umiem Ci wybaczyć. Pomóż mi! Pomóż mi Tobie wybaczyć. Wylecz tę ranę! Uzupełnij tę pustkę, bo tylko Ty możesz to zrobić…
Dlaczego? Dlaczego taka byłaś? Po co sprowadziłaś mnie na ten świat?

Jak mam się stać dobrym człowiekiem, skoro Ty nigdy nie wierzyłaś, że takim jestem?
Dlaczego mi to zrobiłaś Mamo…. Dlaczego pozostawiłaś mnie złym człowiekiem…?

Po Twojej śmierci zrobiłam się jeszcze gorsza. Jakby nie było już dla mnie nadziei. Jakbym nie musiała się starać. Czuję się zła. Pogrążam się. Czuję jak zmienia się mój charakter. Jak zmieniam się w kamień. Boje się, że z nie poradzę sobie z nienawiścią, która nagle zaczęła pojawiać się moim codziennym życiu. Tracę łagodność, litość, czułość. Jestem gorzka. „ 

Leżę na mozaice czując jej chłód na policzku. Nie żałuję. Nie umiem żałować. Nie umiem wziąć na siebie winy. Nie chciałam być złym dzieckiem. Nie byłam złym dzieckiem. Może to Ty nie potrafiłaś mnie ogarnąć. Nie potrafiłaś być cierpliwa, nie potrafiłaś mnie bezwarunkowo kochać. Nie umiem Ci tego wybaczyć.  Może rozumiem co czułaś, może zrozumiałam, że byłaś nieszczęśliwa. Ale jak mam wybaczyć?
Jestem Ci jednak wdzięczna.Wdzięczna za tę jedną lekcję. Nauczyłaś mnie jaką matka mam nie być. Jaka mam nie być dla swoich dzieci.

I kiedy tak o tym myśle, to widzę w tym wszystkim w końcu sens. I może nawet pozwoli mi to Ci podziękować. Bo skąd miałabym tak dobrze wiedzieć kim nie być? Skąd miałabym znać ten straszny ból gdyby nie Ty? I chociaż moja rana jest głębsza z każdym rokiem mojego życia, może w końcu dostrzegę sens jej istnienia. Dzisiaj na Twoim grobie widzę sens! Widzę ten sens Mamo.

Dziękuję Ci Mamo.

….
Litery uparcie łączą się w słowa. Słowa chcą połączyć się w zdania. Wyszczerbiona klawiatura komputera szczerzy się do mnie złośliwie.
Boje się dalej pisać. Boje się, że pozarażam otoczenie smutkiem, który mi się rozlał.

Słowa wypływają ze mnie jak czarna rzeka tatuażu. Nie lubię tatuaży, nie chcę wpuszczać pod skórę, tych ciemnych strumyczków atramentu, których nie da się już stamtąd uwolnić. Tych uwięzionych kropelek. Bolesnych kropelek.

Czarne, symboliczne kropelki, łezki emocji.

Mój tatuaż byłby wielki i głęboki gdyby przyszło mi robić go dzisiaj.

 Atramentem mogłabym po kolei wypełniać żyły i tętnice, nakarmić neurony, a synapsom zatkać otwory gębowe tą czarną cieczą, tak żeby im się odechciało wrażliwości.

Niech się zadławią.

Znowu woda…

4.IV. 2018 Feckenham

Dzisiaj będzie fotograficznie, chociaż nadal mokro.
Pada. Pada trzeci dzień z rzędu, ale aparat mnie „świerzbi” . Może uda mi się porobić zdjęcia między kroplami.
DSC_9405
Może nie między, ale krople obecne.

DSC_9414DSC_9417
Wszyscy tęsknią za wiosną i każdy lubi wąchać kwiatki…
DSC_9408 2DSC_9421

Franio samodzielnie założył kalosze i dołączył do nas -jako jedyny z rodziny, któremu trochę wody z nieba zupełnie nie przeszkadza. Nie licząc psa, któremu nigdy nic nie przeszkadza, pod warunkiem, że może towarzyszyć krok w krok. Kochany pies z tej naszej Szekli. Potrafi tylko kochać. I tylko całym sercem.
Flat Coated Retriever, urodzona w Yorkshire – nareszcie znów w swojej Ojczyźnie. Docenia tutejsze wrzosowiska przeplatane błotnistymi kałużami. Ja mniej. Szczególnie po powrocie ze spaceru.
Niektórzy na spacery prawie nie wychodzą i zapuszczają korzenie na kanapie…Az trudno uwierzyć, że ta wielka stopa w kadrze powyżej należy do mojego „małego „Jasia…
DSC_9440
Mały Jaś.
DSC_9461
Hania czy Mania..? 😉
DSC_9403
DSC_9426DSC_9429
Ty mnie mamo, lepiej pilnuj. Albo chociaż swoich ” kapci”….
DSC_9435

No dobra…przyznaję: nie dopilnowałam…
DSC_9447DSC_9413

Wiej  Mały Człowieku póki możesz, matka w ogrodzie znalazła narzędzie tortur… Łamanie kołem…to chyba brytyjska metoda wychowawcza, nieprawdaż…?

Dyngus po angielsku

Czasy kiedy z lubością mogłam spać do południa wspominam z utęsknieniem. Ale w wielkanocny poniedziałek pobudkę o 7.30 przyjęłam ze świadomością rodzinnej przewagi:)
Chłodne angielskie powietrze obficie przepełniało sypialnię wdzierając się przez otwarte okno. A za oknem…? Deszcz za oknem.
Szczerze? Nie miałam ochoty wystawić czubka nosa spod kołdry… Pies chrapał na kołdrze, kot pod kołdrą.  Franek na środku łóżka zaanektował 3/4 pościeli i wyglądał jakby mu jeszcze mało było. Na samym skraju materaca, zwinięty w kłębek Mister K. ubrany w polarową bluzę z kapturem, obłożony poduszkami, przegrał najwidoczniej  walkę o kołdrę i musiał zadowolić się niezbyt mięsistym kocykiem…
Na pierwszym piętrze cisza zupełna..znaczy Młodzi śpią….
Śmigus Dyngus…..!!! Z ekstazą uświadomiłam sobie okoliczności 🙂 Moja przewaga była miażdżąca i wiedziałam, że tym razem nie nie dam rady się opanować i po prostu obleję ich wszystkich tak żeby zapamiętali!
Chyba tylko ja sama wiem, jaka dzika radość we mnie wstąpiła, absolutne szaleństwo adrenalinowe.
Nie wiem, może była to po prostu chęć ulżenia sobie po stresach ostatnich miesięcy, czy też ostatnich lat bycia tą rozsądną Mamą, Żoną…
Na myśl o realizacji wodnego planu od  razu odechciało mi się wylegiwania, wysmyknęłam się z sypialni i załadowałam amunicję: wiadro od mopa, i dwie butle po mineralce po brzegi wypełnione lodowatą wodą…

Zacznę od góry, wtedy Mister pomyśli, że go oszczędzę hihi:)
…Drzwi do Maryśki były uchylone…zobaczyłam, że stoi tyłem -zakładała właśnie świeży podkoszulek…pół wiadra wylądowało centralnie na jej plecach, włosach .. no troszkę na wykładzinie…Kiedy zaczynała się drzeć, ja już byłam w pokoju obok:)
Zdarłam z Janka kołdrę:) zdążył się tylko troszeczkę skulić kiedy opróżniałam wiadro na jego gołe plecy…. no dobra.. poprawiłam z butelki prosto na głowę…rozległ się ryk zarzynanego niedźwiedzia… Boszszsz jaką ja miałam satysfakcję!:) Śmiałam się w duszy i na zewnątrz również:)
Na Hanulkę trochę amunicji mi zabrakło i oberwało się bardziej kotu który wygrzebał się spod kołdry i przyszedł na gorę w niefortunne odwiedziny… MIAAAAAUUUUU..rozdarła japę Simba i wystrzeliła z pokoju jak oparzona:)
„Co tam się dzieje???!!” Mister się lekko zaniepokoił, kiedy stanęłam w progu sypialni.  Postanowiłam, że wezmę go z zaskoczenia… Wolnym krokiem weszłam do sypialni, trzymając wiadro od mopa dyskretnie za sobą… „Chyba się leją wodą na gorze, chowam się u Ciebie pod kołdrą, dobra?”…”Spoko wskakuj…..” Odchylił kocyk robiąc mi dobrodusznie miejsce…
…Zawartość wiadra z pluskiem opadła na jego twarz, za kołnierz i nie wiem już dalej gdzie, bo wiedziałam, że muszę wiać w jedno bezpieczne tylko miejsce… Złapałam Franciszka jak tarczę, ale nie wiedzieć czemu jakoś nie chciał za bardzo się do mnie przytulać obudzony taką scenką…Co więcej włączył syrenę i zabawa się skończyła…

Zwariowałaś…!!!? Zdziczałaś?!!! Co Ci odbiło…??!! Tak mnie zaczęli wyzywać jakbym co najmniej coś złego zrobiła, a nie raz na dekadę skorzystała z przywileju tradycji…

Jedyny podejrzanie spokojny pozostał Janek, co wróżyło katastrofę. Wszedł wolno do sypialni i spokojnie powiedział patrząc mi w oczy:”Mamo, PAYBACK IS A BITCH….”(pardon za język ale to był cytat)
Chłopak ma fantazję więc trochę przez chwilkę pożałowałam… Wstałam, żeby posprzątać to co nabałaganiłam i mijając próg przyjęłam pełne wiadro zimnej wody zaserwowane prosto na twarz, przez moją Pierworodną:) Team work. Congrats…

Wyrwało mi się automatycznie takie typowe rodzicielskie: „No dosyć!!! Już koniec zabawy!!! Wszystko będzie mokre!!!!” I zaczęłam się histerycznie śmiać, bo naskoczyli na mnie wszyscy tak, że przez chwilkę straciłam orientację…

W końcu to tylko woda, nie ma co się przejmować… Następnego dnia nie będzie po niej śladu…:)
Przypomniała mi się moja ukochana Babcia Lonia i Dyngusy na Mieliwie w naszym  Domu pod Strzechą… Zasuszona Staruszka, wstawała o świcie, oblewała wszystkich po kolei, a potem chowała się w swoim pokoju, podpierając od wewnątrz drzwi wielkimi widłami. Zawsze miała te widły w pokoju, tak na wszelki wypadek, gdyby „ktoś nieproszony zabłądził w nasze progi”… Najbliższy sąsiad mieszkał 8 kilometrów od nas. Otoczone dzikim lasem i jeziorami  byłyśmy zecydowanie narażone na niepożądane wizyty. Ale ona była przygotowana na wszystko i pchnięcie intruza widłami nie przyszłoby jej zapewne z trudem. Ale o Niej  i o widłach kiedy indziej, bo historia jest długa..

Historia tegorocznego Lanego Poniedziałku, też nie zakończyła się o poranku.. bowiem podczas wieczornego spaceru po okolicznych łąkach, Mister wypatrzył największy, najzimniejszy i najbardziej błotnisty staw jaki zdołał… Spokojnie i porozumiewawczo zwrócił się do dzieci:”…Co Wy na to, żeby Mama również zapamiętała dzisiejszy dzień, chyba jej się należy…?”
(….)